Zwyczaj lekkomyślnego przylepiania etykietek służy wygodzie ludzi, którzy chcą się wydać bystrzy bez konieczności myślenia, niewielki jednak ma związek z rzeczywistością.
– Bertrand Russell

Mocny temat na koniec mocnego roku. Przynajmniej teoretycznie, bo w praktyce ten post będzie wyglądał trochę inaczej. Tak mądrze i fachowo o stereotypach (w tym również genezie ich powstawania) pisała już wielokrotnie moja ulubiona marokańska Zołza na swoim blogu Jedno Oko na Maroko. Ja postanowiłam podejść do tematu zabawowo i interaktywnie. To znaczy zapytałam Was o to, z jakimi stereotypami dotyczącymi związków mieszanych się spotkaliście, a dzisiaj spróbuję przeanalizować je pod kątem mojego związku. W większości z przymrużeniem oka, z homeopatyczną dawką powagi i jeszcze mniejszą moralizatorstwa. Biorę na warsztat tylko te stereotypy, o których wspomnieliście Wy (zachowując pisownię oryginalną, nawet literówek nie tknęłam) – dzięki temu sama nie muszę wybierać z oceanu możliwości. 

Gotowi? To lecimy.

“Jak pojedziesz do niego to już nie wrócisz”

Oraz “Że zamknie mnie w domu (najlepiej w piwnicy)”. Osobiście nigdy się tego nie bałam – nazwijcie to naiwnością, jeśli chcecie. Mogłabym się kłócić, ale przecież nie o to chodzi. Jeśli tak ma być łatwiej, zgoda. Jestem naiwna i jak miliony innych kobiet, zaślepiona miłością. 

Bali się natomiast moi rodzice. Nie dlatego, że są ograniczeni, czy mają mózgi przeprane przez media. To w ogóle nie o to chodzi. Nie jestem matką, ale wyobrażam sobie, że u normalnych rodziców lęk o własne dziecko nie może się równać z niczym innym. I sprawia, że w każdej, nawet codziennej sytuacji wypatruje się niezliczonych niebezpieczeństw – choćby po to, żeby móc się na nie przygotować i albo im całkowicie zapobiec, albo mieć zaplanowaną akcję ratunkową. Wyjazd dziecka z człowiekiem, którego rodzice dobrze nie znają, do kraju, w którym ich pole do działania jest bardzo ograniczone (albo wręcz żadne) sprawia, że rodzicielskie mózgi zaczynają szaleć. I nie jest to nic dziwnego. 

Jeśli któraś z moich Czytelniczek znajduje się teraz w takiej sytuacji – jest w związku mieszanym, a jej rodzice są temu przeciwni, lub po prostu mówią, że ich to przeraża – nie wińcie ich za to. To nie jest wymierzone w Was, w Waszą inteligencję, czy w Waszego partnera. To objaw troski i należy się z niego cieszyć. Choćby dlatego, że jeśli coś faktycznie miałoby pójść nie tak – czy to w Waszym związku, czy w jakiejkolwiek innej dziedzinie Waszego życia, wiecie, że macie rodziców, którym na Was zależy i w razie czego zrobią wszystko, żeby Was ratować. Podziękujcie im za to.

Mam trzydzieści trzy lata, do tej pory Mama oczekuje, że będę się meldować. Chce wiedzieć, że jestem bezpieczna, że nic mi nie grozi. Kiedy się nie odzywam, umiera z niepokoju. I to jest wspaniałe. 

Kiedy już po moim ślubie Rodzice ze spokojem przyjęli mój pomysł o tym, żeby pojechać do Pakistanu na ślub kuzynki Księcia, był to dla mnie ostateczny dowód na to, że zaakceptowali mój wybór i że ufają mojemu mężowi. Cieszę się, że się nie zawiedli.

Bo właśnie. Pojechałam “do niego”. I wróciłam. A piwnicy w Pakistanie nawet nie widziałam – albo nie mieli, albo nie było w niej miejsca na trzymanie w niej żon z importu. A Książę na lotnisko odwoził mnie nawet z pewną ulgą, wiedząc, że już więcej nie nabroję. 

Pamiętajcie jednak, że to jest moja historia. Jest też wiele innych, równie pozytywnych. Ale opowieści o porwaniach i zniewoleniach nie wzięły się znikąd. Należy zawsze zachować ostrożność, a wyjazd w nieznane z osobą, o której wiemy mało, jest siłą rzeczy ryzykowny, bez względu na narodowość naszego towarzysza. Kiedyś zawoziłam do Centrum Interwencji Kryzysowej pewną Hiszpankę, która przyjechała do Polski ze swoim polskim chłopakiem, który okazał się ćpunem i sadystą. Na szczęście dziewczyna wiedziała gdzie szukać pomocy i była w kraju, w którym taka pomoc w ogóle była możliwa. 

“Po ślubie będzie ci kazał zmienić religie”

I podobnie: “Oczywiście, że kobieta musi zmienić religię”. 

No cóż. Nie musiałam. Nigdy nie zostało mi to zasugerowane ani przez mojego męża, ani przez jego rodzinę. Według islamu, mężczyzna może poślubić niemuzułmankę, a zmuszanie do konwersji (lub rewersji, zależnie od punktu widzenia) nie jest wskazane. Zmiana wiary powinna być indywidualną decyzją. 

Co nie znaczy, że inny mężczyzna (lub jego rodzina) nie wpadnie na to, żeby przymuszać narzeczoną lub żonę do zmiany wiary – jest to jedna z rzeczy, które bezwzględnie należy przedyskutować przed przejściem na kolejny etap relacji. I po raz kolejny, złota rada – wychodzenie za mąż za człowieka, którego się praktycznie nie zna, zwykle nie jest dobrym pomysłem. Nawet jeśli brzmi romantycznie. Raz jeszcze odsyłam do Basi, która swojego czasu przygotowała listę tematów, które dobrze jest omówić przed podjęciem decyzji o ślubie.

“Wywiezie dzieci”

W naszym przypadku nie bardzo ma co wywozić. 

Ale sztuka dla sztuki. Dlaczego miałby wywozić? I gdzie? Rozumiem, że zakładamy tu jeden z dwóch scenariuszy:

Albo para mieszkająca gdzieś poza krajem mężczyzny dorobiła się dzieci, a następnie z różnych względów postanowiła się rozwieść. I po rozwodzie partner decyduje się na natychmiastowy powrót do swojego kraju – dlaczego? Może mu jest w tej Anglii/USA/Polsce/dowolnym innym kraju dobrze? Po co miałby porzucać całe swoje dotychczasowe życie i wracać do “siebie” (już “nie-siebie”)? Nawet jeśli – nie orientuję się w prawnych aspektach tej kwestii, ale chyba nie jest tak łatwo wywieźć niepełnoletnie dziecko bez zgody dwojga rodziców. W ogóle jeśli sytuacja ma miejsce na Zachodzie, to wydaje mi się (pewności nie mam), że matka jest dosyć dobrze przez prawo chroniona.

Drugi scenariusz zakłada, że mężczyzna przyleciał do nie-swojego-kraju w celach czysto prokreacyjnych, zapłodnił jakąś atrakcyjną fenotypowo kobietę, w rezultacie dorobił się ślicznego potomstwa i stwierdził, że może już wracać. Powiedział naiwnej partnerce, że jedzie z dzieciakami na chwilę, poznać ich z dziadkami i już po prostu nie wrócił. Biorąc jednak pod uwagę, że błękitne oczy to gen recesywny, szkoda zachodu. Równie dobrze mógł płodzić u siebie na miejscu. Po prostu nie widzę w tym logiki.

“Tylko brzydkie Europejki wiążą się z Arabami. Albo inaczej, że Araba nie stać na ładną Europejkę”

Rozbijmy to na dwie części i zacznijmy od drugiej. Arabowie to również Saudyjczycy i Emiratczycy – jedni z najbogatszych ludzi świata. Jeśli ich na coś nie stać, to tym bardziej nie stać na to Europejczyków. To tak pisząc z premedytacją “po chamsku”, na poziomie tego stwierdzenia. Zresztą “Dziewczyny z Dubaju” są najlepszym dowodem na to, że chyba jednak “Araba stać”.

Photo by Travis Essinger on Unsplash
Niestety, ponieważ post w całości powstał w ciągu jednego dnia i to takiego upływającego pod znakiem jetlagu, zmuszona byłam sięgnąć po obce zdjęcia (poza zdjęciem wyróżniającym oczywiście). Proszę o wyrozumiałość!
Zdjęcie powyżej przedstawia pana zastanawiającego się, na jaką Europejkę starczy mu pieniędzy.

A teraz po ludzku. Autor powyższego stwierdzenia najwyraźniej nie ma zbyt dobrej opinii o kobietach, sugerując, że te ładne można po prostu kupić. Jako kobieta, bez różnicy, ładna, czy nieładna, stanowczo protestuję. Kupować to mogę ja, ale nie mnie. 

To teraz wróćmy do części pierwszej – “tylko brzydkie Europejki wiążą się z Arabami”. I inne warianty w rodzaju “w Polsce nikt by jej kijem nie tknął, a ciapatym bez różnicy”… Od czego by tu zacząć… Czy ktoś z Państwa widział arabskie, albo pakistańskie kobiety? Wiecie jak nieziemsko piękne bywają? To po co takiemu Arabowi, czy Pakistańczykowi brzydka Europejka? A tak, zapomniałam, dla wizy i pieniędzy, o tym też będzie. Dobra, zostawmy to na razie.

Odkąd zaczęłam prowadzić bloga i przy okazji konto na instagramie, widziałam trochę profili dziewczyn w związkach mieszanych i powiem Wam, że brzydkie to one zdecydowanie nie są. Wręcz przeciwnie. Zresztą kwestia gustu. Czy nikt ich wcześniej nie chciał i to desperacja zaprowadziła je w sidła egzotycznych oblubieńców? Nie wiem, trzeba je podpytać.

Jeśli chodzi o mnie (abstrahując już od tego, czy uważam, że jestem ładna, czy nie, bo to znowu kwestia gustu), nie sądzę, żeby mój związek z Księciem był wynikiem desperacji. Po prostu poznałam faceta, z którym czuję się dobrze. Tak zwyczajnie. Czy żaden Polak mnie nie chciał? Nie wiem, nie pytałam. I tym samym przechodzimy do kolejnego stereotypu: 

“Sprzedała się bogatemu, poleciała na wygląd, Polak jej nie pasował” 

I w podobnym klimacie: “Ja np. Usłyszałam, że się z moim Starym zeszłam, bo Arab to bogaty, a mi hajs we łbie. Ani Arab ani bogaty ale kto by tam się zagłębiał”. 

Zacznijmy może od tego, że “Polak jej nie pasował”. Ale chodzi o jakiegoś konkretnego Polaka, czy o ogół? Jeśli wydając się za Pakistańczyka złamałam jakieś konkretne polskie serduszko – najmocniej przepraszam. Jeśli z kolei uraziłam zbiorową dumę polskich samców – coś za łatwo ją ostatnimi czasy urazić. Delikatna jakaś taka się zrobiła. 

Czemu w ogóle mówimy, że nie pasowała jakaś nacja? Jak ktoś wychodzi za mąż za blondyna, to nikt nie mówi, że “brunet nie pasował”. Jeśli za inżyniera, nikt nie krzyczy, że nie wybrała lekarza. Ja rozumiem, że to jest niektórym wybitnie nie po myśli, ale naprawdę nie ma w Polsce przepisu, który nakazywałby Polkom ograniczenie wyboru partnera życiowego do Polaków. Jeśli dobrze kojarzę, to taki przepis istnieje np. w Omanie (znowu nie jestem pewna!) i bardzo nas, ludzi Zachodu oburza, prawda?

“Poleciała na wygląd”. No, jakby to powiedzieć… A czy przypadkiem nie jest to jedna z tych rzeczy, na które się leci? Czy może kobietom nie wypada lecieć na wygląd? Sama przyznaję bez bicia, że Książę był jednym z najprzystojniejszych mężczyzn jakich na żywo widziałam (chociaż kiedyś myślałam, że podobają mi się blondyni, pewnie przez Nicka Cartera z Backstreet Boys…), ale ja i tak wolałam interesujących brzydali. Ta jego przystojność była mi wręcz nie na rękę. Pewnie dlatego najpierw się zaprzyjaźniliśmy. 

“Sprzedała się bogatemu”- to jak to jest z tymi “Arabami”? Stać ich w końcu na te Europejki, czy nie stać? Bo już mi się wszystko miesza przez te stereotypy i nie wiem, czy ten mój mąż jest bogaty, czy biedny, ja ładna, czy brzydka, czy to ja jestem z nim dla pieniędzy, a może on ze mną i w ogóle robi mi się jakieś rozszczepienie jaźni… Czekajcie, spróbuję odnaleźć jaźń zero. Jaźń zero mówi, że gdybyśmy się sprzedawały, to jednak trochę drożej. Ale jaźń zero jest okropnie wredna, więc może lepiej jej nie słuchajcie. Nie. Nie jestem z moim mężem dla pieniędzy.  

To może…

“Pokeciała na niego bo ma dużego….” 

Nie chcę nawet myśleć, co ta fraza (i moja odpowiedź) zrobi z pozycjonowaniem mojej strony. Z oczywistych względów, ten konkretny stereotyp chciałabym omówić ogólnie, bez odnoszenia się do własnego doświadczenia. 

Stwierdzenie, że kobieta poleciała na cudzoziemca, ponieważ został on hojnie wyposażony przez naturę, może sugerować dwie rzeczy. W porywach nawet trzy.

Po pierwsze, że polscy mężczyźni nie mają się specjalnie czym chwalić na tym polu. Bo skoro dowolny cudzoziemiec ma potencjalnie większego penisa, niż Polacy, to… no nie ukrywajmy. Nie jest dobrze, prawda? To znaczy, jeśli uprzeć się przy statystyce, rzeczywiście nasi rodacy mogą mieć w tym względzie pewne kompleksy, ale żeby tak od razu przyznawać się do tego publicznie? 

Secundo, implikuje poniekąd, że rozmiar penisa stanowi dla kobiety główne kryterium doboru partnera. To już nawet nie pieniądze? No wiecie co… A tak serio. Co kto lubi. Może są kobiety, dla których rozmiar penisa jest nie tyle istotny (bo to chyba normalne), ale wręcz przesądzający. Dla mnie przykładowo, penisowi musi bezwzględnie towarzyszyć dobrze rozwinięty mózg. Niedowład tego jakże istotnego organu (nadal mówię o mózgu) sprawia, iż (tutaj cytat z Kasi, pamiętacie Kasię?) trąbki Fallopiusza samoistnie zaciskają mi się w ciasny węzełek. 

Wreszcie, tertio: od razu, z biegu tego penisa poznawała? Jeszcze przed właścicielem? Słuchajcie, ja wiem, ja jestem trochę staroświecka, ale jakoś tak mam wrażenie, że żeby zapoznać się z czyimś penisem, najpierw należy polecieć, chociaż odrobinę, na jego właściciela, kierując się innymi kryteriami. Mogą być one płytkie, czemu nie, o na przykład: poleciała na niego, bo miał śliczne brązowe loczki, albo oczka jak bambi. Potem rzeczywiście, odkryła inne jego anatomiczne atuty i wtedy przepadła bez reszty. No chyba że mówimy o parze, która poznała się na plaży nudystów, to faktycznie można wtedy lecieć od razu na rozmiar tego, co zwykle zakryte. Osobiście jednak takiej pary nie znam.  

Photo by Matt Artz on Unsplash
Kusiło mnie wstawić coś bardziej wymownego, ale się powstrzymałam. Możecie mi pogratulować.

“Że żeni się ze mną dla wizy. Długo by wymieniać”

O. I tu mamy konkret. Zadziwię Was. Zasadniczo, znacznie kwestię upraszczając i manipulując trochę faktami, to ja wyszłam za mojego męża dla wizy. Oczywiście wiza była mi potrzebna, żeby móc z Księciem normalnie żyć w Nowym Jorku, w którym nigdy bym się nie zdecydowała mieszkać, gdyby nie on, ale jednak. O ile kontrakt muzułmański zawarliśmy, żeby Teściowa nie umarła ze zgryzoty, że jej ukochany syn żyje w grzechu, to ślub cywilny wzięliśmy po to, abym mogła ubiegać się o zieloną kartę. I co? Głupio trochę, prawda? Żeby Polka za Pakistańczyka dla wizy wychodziła… Wstyd!

Skoro już ustaliliśmy jak to było w moim przypadku, to chciałabym jednak zaznaczyć, że zjawisko wizowców jest niestety powszechne. Nie zliczę, ilu wizowych amantów pisało do mnie na kanałach społecznościowych, wyznając mi miłość i nalegając na szybki ślub. Oczywiście, poczekają aż się z mężem rozwiodę. Nie chcę? To może mam siostrę? Przyjaciółkę? Koleżankę? Starszą, samotną ciocię? Wiek nie gra roli, age is just a number. Ale w większości przypadków naprawdę nie jest ciężko takiego przyjemniaczka rozszyfrować. 

“Każe się zakrywać”

A tu już będę mogła powiedzieć coś ciekawego. Bo wyobraźcie sobie, że mój wtedy-jeszcze-nie-mąż miał taki moment, że próbował. Konkretnie chodziło o to, że miał problemy z występami tańca brzucha. Że ja tańczę, jakby nie patrzeć, dosyć skąpo odziana, a na widowni są przecież mężczyźni. Z drugiej strony mojego chodzenia na plażę w bikini już nie kwestionował. Dosyć łatwo sobie z tematem poradziliśmy, on już chyba nawet nie pamięta, że miał takie chwilowe zaćmienie umysłu. Od niego zresztą dostałam mój najpiękniejszy strój taneczny.

Z perspektywy czasu wydaje mi się, że mogło to wynikać z tego, iż Książę w tamtym czasie bardzo bał się, czy zostanę zaakceptowana przez jego rodzinę. Wiedział, że będzie musiał o nasz związek walczyć, a moje skandaliczne (jak na tamtejsze realia) ekscesy mogłyby mu tę walkę odrobinę utrudnić.

Od tamtej pory w kwestię mojego “odkrycia” nie ingeruje, ale dla mnie jest na przykład oczywiste, że kiedy spotykamy się z jego rodziną, powinnam być ubrana tak, żeby ich nie urazić. Nie wspominając już o tym, że w Pakistanie staram się występować tylko w ichniejszych wdziankach i to też tych bardziej zachowawczych – paradoksalnie Pakistanki mogą sobie pozwolić na więcej niż element napływowy, który poddawany jest surowszej ocenie. 

Weźmie sobie drugą żonę (akurat w Tunezji nielegalne)

W Pakistanie jest to jak najbardziej legalne, w Ameryce już nie. Ale nawet w krajach muzułmańskich teoretycznie mężczyzna musi uzyskać zgodę pierwszej żony na poślubienie kolejnej kobiety. W praktyce oczywiście bywa różnie. Można też się zabezpieczyć, zawierając klauzulę o monogamii w kontrakcie małżeńskim – dlatego tak ważne jest, żeby go przeczytać przed podpisaniem. 

Oczywiście kwestia poligamii jest kolejną, którą należy omówić przed decyzją o przejściu na kolejny etap związku, jeśli partner pochodzi z kultury, w której poligamia jest czymś naturalnym. Dla nas jest to szokujące, ale dla wielu kobiet wychowanych w kulturze muzułmańskiej, bycie jedną z kilku żon nie jest postrzegane jako coś złego. 

Książę jest przeciwny poligamii i o ile mi wiadomo, w jego najbliższej rodzinie nie ma takich małżeństw. 

Może nie stereotypy. Ogólnie nie jest łatwo, szczególnie jeśli to nie usa

No właśnie. “Szczególnie jeśli to nie USA.” Ale tak naprawdę, przeprowadzka i życie w kraju o skrajnie odmiennej kulturze nie jest łatwe, bez względu na to, czy wynika z bycia w związku mieszanym, czy nie. Nie wyobrażam sobie życia w Pakistanie. Nieważne, czy byłabym tam zawodowo, czy jako żona swojego męża. I nie uważam, żeby to było coś złego – moja najstarsza szwagierka również otwarcie mówi, że nigdy nie chciałaby wrócić na stałe do Pakistanu, a bynajmniej nie było jej tam źle. Po prostu obydwie cenimy sobie swobodę związaną z życiem na Zachodzie. 

I rzeczywiście, związek z przedstawicielem innej kultury na obcym nam gruncie może być cięższy, choćby z tego względu, że to my będziemy na każdym kroku mierzyć się z obcością, starać się odnaleźć w nowych warunkach, a nasz partner, mimo najlepszych chęci, nie będzie w stanie zrozumieć tego, co przeżywamy. Przykładowo: w Pakistanie ludzie uwielbiają ze sobą przebywać. Domy są zawsze pełne członków rodziny i gości. Wszyscy przez długie godziny przesiadują razem. Nie tylko nie sprzyja to intymności w związku, ale nawet nie pozwala na komfort bycia samemu. Swobodne czytanie książki w łóżku, w samym T-shirtcie i w majtkach? Zapomnijcie. Z drugiej strony, nasz partner będzie miał tam swoją rodzinę, przyjaciół, a my będziemy skazane na “jego ludzi” – to też nie jest dobre. Dlatego rzeczywiście, stwierdzenie, że “ogólnie nie jest łatwo” to nie stereotyp, tylko obserwacja, z której można jednak wyciągnąć bardzo błędne wnioski.

Słyszałam wiele razy, że nigdy nie wyrazisz uczuć w języku obcym tak jak w ojczystym

Jeden z moich ulubionych tematów. Dlaczego? Ponieważ zgadzam się, że bardzo, ale to bardzo dobra znajomość wspólnego języka jest niezbędna. Chociaż wydaje się, że wiele par jest w stanie się bez niej obyć, ale widać mają inne potrzeby i oczekiwania od związku. 

To, co rzeczywiście może stanowić pewną barierę komunikacyjną, to brak wspólnych referencji kulturowych. Ostatnio Mama mnie zapytała, jakbym mężowi przetłumaczyła, że “jak tatuś zrobi dziubek to nie ma ch**a we wsi…” – no nie przetłumaczę. Albo doedukuję męża, opowiem cały kontekst, przybliżę w miarę możliwości tę perełkę polskiej kinematografii, przetłumaczę dosłownie, a następnie tak, żeby miało sens, albo postaram się znaleźć odpowiednik w naszym wspólnym worku referencji. Ale na pewno nie powstrzyma mnie to przed precyzyjnym wyrażeniem swoich uczuć! Lubię wyzwania. I mam czas. Obszerniej wypowiedziałam się w tej kwestii podczas wspaniałego wywiadu z ZAPOWIEDZ.

Inne

Dostałam jeszcze od Was kilka innych odpowiedzi, których niestety kompletnie nie mogłam odnieść do swojego związku. Na przykład, o mężu-Niemcu, który nie zatrzyma się po precelka, bo nie ma miejsca parkingowego. Nie zalecam stereotypowym mężom-Niemcom prowadzenia samochodu po Nowym Jorku. Serio. Mogą tego nie przeżyć. 

A teraz krótki rachunek sumienia, coś w stylu ten kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem. Nie wiem jak Wy, ale ja sama często łapię się na myśleniu stereotypowym. Ale tutaj pada słowo klucz: łapię. Nie robię tego kompletnie bezrefleksyjnie, zastanawiam się, skąd toto się w moim mózgu wzięło i czemu postanowiło w danej chwili wyjrzeć na powierzchnię. Wiem, że te stereotypy we mnie zostaną, ale nie zgadzam się, żeby przejmowały kontrolę nad moimi procesami myślowymi. Na koniec zostawiam Wam jeszcze jeden fajny cytat: 

“Ludzie, w pierwszym odruchu, mają zwyczaj lekceważenia tego, co nie jest dostępne od razu. W drugim odruchu może ogarnąć ich całkiem szczera fascynacja. W gruncie rzeczy mają zwyczaj stawiania spraw w fałszywym świetle, jeśli nie widzą dokładnie. Zanim doświetlą – wydadzą werdykt. Mija trochę czasu, zanim odważą się zeskrobać fałsz. Jeśli się odważą. Ech, ludzie. Ech, ja.” 
– Miłka O. Malzahn

PS A tak w ogóle, to strasznie mi się ta zabawa podobała! Jeśli macie ochotę na drugą część wpisu – dajcie znać! I koniecznie podsyłajcie kolejne stereotypy na warsztat.