Czyli post o tym, czy ktoś u nas w ogóle gotuje, co my właściwie jemy i jakim cudem jeszcze nie padliśmy z głodu. Bez związku z praktykami kulinarnymi wspominanymi w poprzednim poście. Aczkolwiek, zupełnie poważnie, jeśli kiedyś bardzo będziecie chcieli przepis, np. na nihari, mogę poprosić Teściową. 

Zaczniemy jednak od tego…

…jak zostałam wegetarianką

Właściwie to peskatarianką, ale ponieważ to słowo dopiero od niedawna nie jest uznawane przez co niektórych za egzotycznie brzmiącą inwektywę, to celem uniknięcia nieporozumień, przyzwyczaiłam się do mówienia, że jestem wege. Ale ryby i owoce morza jem. Chciałabym zrezygnować, ale na razie staram się po prostu ograniczać. 

Piszę o tym, żeby nie narażać się na ataki ze strony “prawdziwych” wegetegeludzi. W ogóle uważam, że każdy powinien robić przynajmniej minimum, nawet jeśli zrezygnuje się z mięsa przez jeden dzień w tygodniu, to już jest dobrze! Przecież nie chodzi o nazewnictwo, tylko o robienie czegoś dobrego dla planety. Rezygnacja ze słodyczy, w których jest olej palmowy też jest super! Koniec dygresji.

Wegetege (termin naukowy, ustanowiony przez przewijającą się czasami przez tego bloga Dr Marysię)  zostałam w wieku lat 15, na obozie pływackim w Kanadzie. Pewnego pięknego dnia, trenerzy postanowili zabrać nas na piknik country w pobliżu amerykańskiej granicy. Upał nieziemski, żar się z nieba leje, wszystko oblepione kurzem, a całość podkreślona aromatycznym smrodkiem smażonego mięcha. Ogólnie atmosfera niezbyt sprzyjająca delektowaniu się jakimkolwiek jedzeniem.

Atrakcje pikniku obejmowały, inter alia, wystawę krów. Pokazywano na niej największą krowę świata – bidulka była zamknięta w malutkiej klatce, w której nie mogła się ruszyć nawet o pół centymetra. Obok klatki stał bardzo amerykański Amerykanin (kowbojki, kapelusz, dżinsy i skóra), pochłaniał turbo burgera – dwa burgery (w sensie tych kawałków mięsa), a między nimi kiełbacha, i, spoglądając w kierunku gwiazdy wystawy, mówił (z bardzo amerykańskim akcentem):

Awww, what a cute cow! (Ale urocza krówka.)

W tym momencie uderzyło mnie, że on właśnie zeżera kuzynkę tej uroczej krówki i to chyba nie jest fajne. I pomyślałam, że ja nie będę. A na pewno nie tego dnia.

Tak się jednak złożyło, że na obozie był też chłopak, który już od dłuższego czasu był zadeklarowanym przeciwnikiem mięsa i bezwstydnie wykorzystał sytuację, żeby mnie “nawrócić”. Puścił mi piosenkę zespołu Włochaty (taki polski punk, nie wiem, czy ktoś z Was kojarzy) pt. “Zjedz dziecko”. Tytuł upiorny, tekst jeszcze bardziej. Przypieczętował sprawę. Doprowadzając do szału mojego trenera, który stwierdził, że rujnuję sobie karierę i że żaden dobry sportowiec nie rezygnuje z mięsa. Nie przekonało mnie to. Jak na pewno wiecie, w dzisiejszych czasach jest dość sporo sportowców, którzy radzą sobie bez białka zwierzęcego.

makaron ze szpinakiem i niebieskim serem
Makaron ze szpinakiem i niebieskim serem… Jedna z niewielu rzeczy, które potrafię przygotowywać, niestety, Książę za tym nie przepada. Patelnia to z kolei część ogromnego zestawu garnków, który dostaliśmy w prezencie od Teściowej. Pewnie myślała, że będę z nich częściej korzystać. Ale muszę przyznać, że mają piękny kolor!

T-rex

Tamtego pierwszego dnia, dzwoniąc do Mamy, upewniałam się jeszcze, że możliwe jest zrobienie rosołu bez mięsa. Od tamtej pory rosół to dla mnie wywar z warzyw. Kiedyś często słyszałam pytanie “czy mi nie brakuje…” Tak naprawdę nigdy nie byłam fanką mięsa, czerwonego wręcz nie znosiłam. Najbardziej chyba chciałabym kiedyś jeszcze zjeść… De volaille’a (też Was zachwycają wszystkie warianty w pisowni?) Słyszałam legendy o wersjach wege, ale jeszcze nie trafiłam. 

W przeciwieństwie do mnie, mój mąż, podobnie jak większość Pakistańczyków, jest zadeklarowanym, fanatycznym mięsożercą. Prawdziwym T-rexem. 

Kiedy jechałam do Pakistanu, byłam nastawiona na to, że codziennie będę zajadała się moimi ulubionymi przysmakami kuchni subkontynentalnej. Palak paneer (alternatywnie saag paneer) – czyli szpinakiem z serem i paneer tikka masala, serem w sosie maślano pomidorowym. Okazało się jednak, że potrawy te są tam owszem znane, ale ponieważ i tak nikt ich nie jada, nie uświadczy się ich w prawie żadnej restauracji. Pakistańczycy wychodzą z założenia, że jeśli jedzą poza domem i muszą za jedzenie płacić (bo przecież w domu jest za darmo), to posiłek musi być wart swojej ceny. Jeśli nie ma w nim mięsa, impreza jest nieopłacalna. Nic dziwnego, że mój mąż wychowany w tamtej kulturze był przyzwyczajony do jedzenia baranków i innych kurczaczków siedem dni w tygodniu. Jakkolwiek teraz zdarza mu się czasami pójść na ustępstwo i zadowolić rybą, czy krewetkami, całkowita rezygnacja z mięsa nie wchodzi jednak w grę. 

Dlatego też jakiekolwiek wysiłki kulinarne w moim wykonaniu są podwójne zniechęcające, bo teoretycznie zakładają przygotowywanie dwóch różnych potraw. Dla owcy i dla T-rexa. Zwykle na jeden dzień, bo T-rex nie jest z tych, co by przez sześć dni w tygodniu jedli pomidorową (dzięki, Kamila!) 

Kuchenne (r)ewolucje

Na szczęście nigdy nie pozowałam na mistrzynię kuchni, od początku rozwiewając ewentualne oczekiwania mojego lubego w stosunku do przyszłej żony. Ale prawda jest też taka, że nawet najbardziej zawzięta kuchareczka, miałaby niemały problem. Książę jest przyzwyczajony do potraw swojej mamusi. A tak się składa, że talenty kulinarne Teściowej cieszą się niemałą sławą, nie tylko w gronie najbliższej książęcej rodziny. Nie dość, że gotuje ilości masowe, kilka dań na jeden obiad, każdego dnia coś innego, to jeszcze robi to fenomenalnie. Moje szwagierki również radzą sobie w kuchni bardzo dobrze, środkowa jest na przykład mistrzynią wypieków. Jedyne co mnie pociesza, to to, że raz spaliły mikrofalówkę wysadzając w niej w powietrze (w końcu Pakistanki) źle dopieczone brownie z awokado. Inna sprawa, że ja prawie spaliłam dom, piekąc najprostszy na świecie chleb bananowy (zawsze wcześniej wychodził!)…

Ale ja z kolei pochodzę z rodziny kobiet obdarzonych genetyczną niechęcią do kuchni. To znaczy lubimy bardzo w niej przebywać, pijąc na przykład herbatę, albo rozmawiając do nocy, ale to by było na tyle… Nie znaczy to oczywiście, że moja Mama i Babcia nie potrafią gotować. Potrafią, jak najbardziej, ale wszystkie cierpimy przy tym męki straszliwe. Zdecydowanie żadna z nas nigdy się w kuchni nie spełniała, ani, tym bardziej, nie relaksowała. 

Mojego gotowania historia krótka

Jeśli miałabym stwierdzić, że coś mi dobrze wychodzi, to bez wątpienia są to sałatki – bardzo niewiele można w nich zepsuć. Doskonale gotuję też makaron, taki akurat idealny. A cała reszta… Różnie z tym bywa. 

Pierwszy rok studiów przeżyłam, ponieważ w komplecie z akademikiem trzeba było wykupić  obiady na pobliskiej stołówce. W sumie dużo więcej do szczęścia nie było mi potrzebne – rano płatki, po zajęciach obiad, gdzieś po drodze jakieś owocki.

Czym oprócz lodów żywiłam się na drugim roku – nie mam pojęcia. Naprawdę nie pamiętam! Może makaronem. I sushi z restauracji przy naszym domu… 

Trzeci rok nadal nie przyniósł specjalnych rewolucji w zakresie moich zdolności kulinarnych, w Chile stołowałam się głównie poza domem, chyba że Tata czasami zrobił łososia. Albo kupiliśmy mrożoną pizzę, którą następnie ze znastwem „piekłam” w mikofalówce (naprawdę nie wiedziałam, że tak się nie robi!) W Japonii nawet nie miałam prawdziwej kuchni – no bo jak, na 14m2… Niby palnik był, kupiłam nawet jeden garnek, a co, czułam, że powinnam… Ale skoro nie miałam nawet lodówki, to co niby miałam w tym garnku gotować? Ryż? Na szczęście co jak co, ale wyżywienie w Japonii jest niesamowicie tanie. 

Wreszcie przyszedł czwarty rok, na którym jak może pamiętacie, pomieszkiwaliśmy z Księciem razem. Pomijając sałatki, makaron i jedno podejście do pomidorowej, nie próbowałam raczej dostawać się do serca Księcia przez żołądek. Jedliśmy dużo pizzy (na studiach można!), a ja uzależniłam się od sałatek z krewetkami z Co-opa.

Yemen Café – prawdziwa uczta dla mięsożerców i… bardzo dobry hummus.

Te same sałatki stanowiły podstawę mojego pożywienia również w Bath, aczkolwiek w tamtym czasie robiłam już całkiem niezłe sushi, czym zachwycałam moje chińskie współlokatorki. W Pradze, o czym już wspomniałam, dokarmiała mnie moja współlokatorka, a ja wyspecjalizowałam się w robieniu wegetariańskiego rosołu (czyt. wywaru z warzyw) z pastą miso, wodorostami i wbitym jajkiem. Było to całkiem dobre, więc jadłam na przemian z sałatkami przez cały semestr. 

Mnie jedzenie się za szybko nie nudzi, więc jeśli już nauczę się coś przyrządzać, mogę to jeść bez przerwy przez bardzo długi czas. Dlatego też np. w Madrycie sinusoidalnie jadłam codziennie albo risotto z owocami morza, albo kolejną sałatkę. Doprowadzałam tym do furii moją polską współlokatorkę, która nie mogła na to patrzeć i raz na jakiś czas postanawiała się jednak zlitować i coś dla mnie ugotować. 

Podsumowując, zakończyłam studia z umiejętnością przygotowywania bardzo wielu sałatek, dwóch rodzajów makaronu, risotto, oszukanego rosołu miso i udoskonalonym sushi (którego i tak zwykle nie chce mi się robić, ale jak już zrobię, to jest pycha). W kolejnych latach dodałam do tego umiejętność smażenia: ryb, a także przeróżnych placków – ziemniaczanych, z selera, z cukinii, z bakłażana… Udaje mi się też czasami upiec ciasteczka owsiane i poza jedną, ale za to poważną wtopą, chleb bananowy. Odkąd zamieszkałam w Nowym Jorku nauczyłam się również piec dynię (której mój sierściuch i tak nienawidzi) i piersi z kurczaka*.

Mój mąż potrafi natomiast… pociąć owoce, zrobić jajecznicę i omlet, a także dodać gotowy sos do ryżu, jeśli ktoś inny ten ryż ugotuje. Innymi słowy, na tle Księcia faktycznie mogę uchodzić za Magdę Gessler. 

* Uważam to za ogromne poświęcenie. Nie wiem czemu, ale kompletnie nie mam problemów z siekaniem obrzydliwej wątróbki dla moich ukochanych kotków, natomiast przygotowanie kawałka drobiu dla mojego męża brzydzi mnie strasznie.

Pierwszy rok “od lądowania”

Może pamiętacie, jak pisałam, że na początku naszego wspólnego mieszkania w Nowym Jorku podeszłam do tematu ambitnie. Chciałam być dobrą panią domu. Nie wyszło. Okazało się, że te smażone ryby smakowały mojemu mężowi przez chwilę, na wyjazdach. Kurczak został powitany entuzjastycznie, ale szybko się znudził. Placki warzywne były traktowane jako dobra przystawka, ale nie główne dane. Sałatki też szybko się znudziły. Było źle. Czasami zamawialiśmy jedzenie, czasami chodziliśmy do restauracji, ale przecież tak nie można żyć! Co z tego, że zamówienie jedzenia wychodziło cenowo mniej więcej tak samo, jak przygotowanie czegoś w domu… Przecież to nienormalne, żeby nie przygotowywać jedzenia w domu, prawda? A jednak, z jakiegoś względu, na amerykańskich serialach tak właśnie robią…

Do tego Nowy Jork można śmiało uznać za światową stolicę jedzenia. Nie ma takiej potrawy, której nie można by tu było znaleźć. Wszędzie pełno restauracji oferujących kuchnie z przeróżnych stron świata. W dodatku dzielnica, w której mieszkamy, słynie z jednej z najsłynniejszych “jedzeniowych ulic” w całym mieście. Aż szkoda nie korzystać. Do naszych ulubionych należą między innymi Las Margaritas – meksykańska knajpka odwiedzana głównie przez Latynosów i Brooklyn Firefly, gdzie można zjeść przepyszną pizzę truflową. 

Jedzenie w kwarantannie

Paradoksalnie, sytuacja stała się znacznie prostsza przez pandemię. Zakupy spożywcze stały się trudniejsze, niż zamawianie jedzenia z jednej z wielu pobliskich knajpek. W dodatku mamy przecież moralny obowiązek wspierania lokalnych biznesów, które bez przyjmowania zamówień na wynos nie przetrwają pandemii. A co z ludźmi, dla których dowożenie jedzenia jest jedynym źródłem utrzymania? Przecież musimy im pomóc! I pomagamy. Od marca praktycznie nieprzerwanie. Kuchnia hinduska, tacos, sushi, poke bowlsy, “greczyzna”… na co mamy dzisiaj ochotę? Może jednak zrobię sałatkę? Chce ci się? Nie bardzo… No to wybierz! Nie, Ty wybierz…

Swoją drogą, odkąd ograniczyłam wizyty w kuchni do wyciskania soku i robienia herbaty, moja relacja z Księciem a także mój poziom zadowolenia z życia uległy znacznej poprawie. Ja nie „muszę się zmuszać” do robienia czegoś, czego nie znoszę, a mój mąż nie musi udawać, że smakują mu efekty. Nie wiem co będzie, jak pandemia się skończy i wszystko wróci do normy, ale mam nadzieję, że z przyzwyczajenia i tak będziemy wspierać gastronomię. 

Nowy Jork – gdzie zjeść

Planowałam przewodnik po moich ulubionych restauracjach, ale ponieważ nie wiem, które z nich przetrwają najbliższe miesiące, pomyślałam, że wspomnę tylko o kilku miejscach (niekoniecznie konkretnych knajpkach), które mają największą szansę wciąż funkcjonować, jeśli kiedyś uda Wam się zawitać w “Mieście, które nigdy nie śpi, tylko chwilowo jakieś takie niemrawe się zrobiło”.

Dekalb Market – zdecydowanie warto. Filie jednych z najlepszych (nie że gwiazdkowanych, ale cieszących się największym powodzeniem) nowojorskich knajpek w jednym miejscu. Zjecie tu pakistańskie burgery, słynne pastrami z Katz, pyszne lobster rolle, a nawet, gdybyście nagle zatęsknili, polskie pierogi. W tym samym budynku co market, na górze mieści się kino Alamo Drafthouse, w którym w trakcie seansu można zamawiać drinki i pyszne przekąski. Kto by pomyślał, że Aperol doskonale komponuje się z Tarantino i z popcornem truflowym…

Alamo Drafthouse. Tak oglądaliśmy „Pewnego razu w Hollywood”

Peter Luger Steakhouse – miejsce kultu mięsożerców. Podobno najlepsze steki w mieście, nie wiem, ja jadłam solę – bardzo dobra. Rezerwację trzeba robić ze znacznym wyprzedzeniem, dużo osób narzeka na serwis, ale dla nas kelner był super miły. 

3rd Avenue, Brooklyn – brooklińskie zagłębie restauracji, mnóstwo dobrych włoskich i greckich, ale też wspomniana przeze mnie wcześniej meksykańska, polska, gruzińska… Do wyboru, do koloru. 

Okolice 5th Avenue, Brooklyn – wszystko, co arabskie, łącznie z oddziałem kultowej Yemen Café, początkowo popularnej wśród arabskich taksówkarzy, teraz uwielbianej przez hipsterów. I mojego męża.

Jackson Heights, Queens – coś dla fanów subkontynentu. Nie tylko liczne restauracje, ale też mnóstwo sklepów z hinduskimi i pakistańskimi produktami i ubraniami. Gdyby nie anglojęzyczne szyldy, można byłoby się pomylić.

Chinatown, Manhattan – zgodnie z nazwą, zagłębie restauracji chińskich, ale też tajskich, wietnamskich, malezyjskich… W dodatku wyborne lody w niesamowitych smakach w Ice cream Factory.

Japan Village, Industry City, Brooklyn – dla odmiany wszystko, co japońskie. Większy kompleks tego typu, Mitsuwa, znajduje się w New Jersey, ale jeśli zależy Wam tylko na różnorodności japońskiego jedzenia, a nie na przykład na japońskim dentyście, to Japan Village powinno Was usatysfakcjonować.

Oczywiście miejsc wartych odwiedzenia jest znacznie, znacznie więcej. Jeśli wierzyć danym zbieranym przez Open Table, potrzebaby 22.7 lat, żeby zjeść w każdej nowojorskiej restauracji. A Open Table nie uwzględnia nawet połowy istniejących tu przybytków. Oczywiście wiele z nich zamknęło się przez koronę, ale wierzę, że po jakimś czasie wszystko wróci do normy – w miejsce upadłych restauracji powstaną nowe. Obiecuję Wam, że jeśli tylko będziecie mieli na to ochotę, a jedzenie w restauracjach znowu będzie bezpieczne, raz na jakiś czas będę wrzucać zdjęcia (chyba że umrę ze wstydu, albo mój mąż mnie udusi – “Nie jedz! Muszę zdjęcie zrobić!”) i krótkie recenzje. 

Rezerwacje

Jeszcze jedna ważna sprawa. Rezerwacje. W bardzo wielu restauracjach trzeba je robić. Czasami z bardzo dużym wyprzedzeniem. Inne z kolei rezerwacji nie przyjmują, ale nie da się do nich po prostu wejść – trzeba czekać, czasami nawet dwie godziny. Pół biedy, jeśli pozwalają na ten czas się oddalić i wrócić o uzgodnionej godzinie – nie jest to jednak norma. Ja nie mam do takich rzeczy cierpliwości, natomiast moja najstarsza szwagierka to uwielbia. Podobnie jak bardzo wielu nowojorczyków.

Czy opowiadałam Wam kiedyś o zamiłowaniu mieszkańców Miasta do kolejek? Jeśli tak, możecie już przestać czytać. To koniec na dzisiaj. Jeśli nie, to jeszcze bonusowa historia. Raz na jakiś czas w Nowym Jorku wymyślane jest coś nowego. Na przykład nieszczęsne cronutsy – połączenie croissanta z pączkiem. Jakiś czas temu każdy szanujący się nowojorczyk musiał takowego zeżreć i to koniecznie oryginalnego, nie imitację. Moja najstarsza szwagierka stwierdziła, że ja również muszę (inaczej nie dostałabym pewnie wizy imigracynej)  i zamówiła je z półtora miesięcznym wyprzedzeniem. Nie smakowały mi, wolę polskie pączki.

W każdym razie, w szczycie szału cronutsowego, przed cukiernią, w której robiono te potworki, stała kilkugodzinna kolejka. Zdeterminowanym amatorom croissanto-pączków nie przeszkadzała nawet stojąca obok ławeczka. A właściwie przebywające na niej ludzkie zwłoki. Przepraszam, że to już drugi z rzędu post, który kończę makabrycznym akcentem, ale chciałam uświadomić Wam, jak bardzo poważnie nowojorczycy podchodzą do kwestii modnego jedzenia. Dlatego, jeśli możecie, róbcie rezerwacje. Tak z dobrego serca Wam radzę.

P.S. Ogłoszenia parafialne

Na stronie wydawnictwa Moc Media ruszyła już przedsprzedaż mojej książki “Pakistańskie wesele”. Jest to dziennik z mojej pierwszej podróży do Pakistanu, która obejmowała między innymi występy gościnne na kilkudniowym weselu, towarzyszące temu liczne atrakcje (typu wizyta u krawca, czy w salonie tortur piękności), bieganie w deszczu po Islamabadzie, wyprawę w góry i codzienną walkę o przeżycie w tym mięsożernym kraju. Dowiecie się z niej również, w jakich okolicznościach przyrody robiłam sobie zdjęcie z prawdziwym kałachem. Jeśli lubicie mojego bloga, myślę, że jest cień szansy, że Wam się spodoba.

Książki powinny wynurzyć się z drukarni 11 grudnia i ruszyć w drogę do swoich nowych właścicieli 14. Czyli tak, żeby się jeszcze owinąć w piękny papier (i kokardę! Proszę pamiętać o kokardach!!!) i położyć z gracją pod choinką. W przedsprzedaży ich cena została obniżona o koszt dostawy do paczkomatu (nawet jeśli wybierzecie inny rodzaj wysyłki, np. na Wyspy Owcze, cena wciąż będzie niższa). 

To tyle. Oczywiście zachęcam, ale absolutnie nie nachalnie. W razie czego proszę klikać >>TUTAJ<<